fbpx

„To był tylko pies” – rozmowa z autorką książki Darią Grzesiek.

To był tylko pies

Kinga była ulubienicą Poznania – płakało po niej całej miasto. Suczki Tusia i Ziutka na ostatni posiłek zjadły to, co szkodziło im za życia: pierwsza łososia i zielone oliwki, druga parówkę. Żółw E.T. dostał imię po dzielnym ufoludku z filmu Spielberga – pokonał go zepsuty kabel grzewczy w skrzyni do hibernowania.

Daria Grzesiek zebrała opowieści opiekunów, którzy doświadczyli śmierci swoich zwierząt. Zrobiła to, ponieważ sama mierzyła się z chorobą, cierpieniem i odejściem swojej Ziuty. Wtedy uświadomiła sobie, że nie wie, w którym momencie najlepiej podjąć decyzję o eutanazji ani jak zorganizować taki zabieg, co zrobić z ciałem, jakie są możliwości pochówku zwierzęcia i w końcu – jak poradzić sobie z bólem po stracie. Jej bohaterowie stanęli przed podobnymi dylematami: ile kosztuje kremacja świnki morskiej, a ile konia? Czy eutanazja wygląda jak spokojne usypianie? Czy na pogrzebie zwierzęcia są przemowy, modlitwy, śpiewy? W jaki sposób upamiętnić zmarłego innego gatunku?

Koty i psy, ale również słoń, świnki morskie, żółwie, koń i kury. Historie ich oraz ich opiekunów są historiami o śmierci – więc o życiu. O trosce i odpowiedzialności, o dzieleniu codzienności, o wspólnych radościach, przyjaźni, planach, oddaniu, poświęceniu, o chorobie, pożegnaniu i o tym, jak przeżyć żałobę, gdy otoczenie reaguje wzruszeniem ramion: daj spokój, to był tylko pies.

Skąd zainteresowanie tematem śmierci zwierząt towarzyszących oraz żałobą pozaludzką?

Wszystko zaczęło się, gdy adoptowałam moją Ziutkę — miała wtedy osiem lat. Kiedy skończyła dziesięć, zaczęłam sobie uświadamiać, że nasz wspólny czas może być ograniczony. Wydawało mi się wtedy, że może dożyje dwunastu lat, więc powoli zaczęłam myśleć o tym, co stanie się później.

Zrozumiałam, że choć w moim rodzinnym domu zawsze były zwierzęta, to będzie to pierwsze odejście, za które w pełni będę odpowiedzialna ja. To ja będę musiała zdecydować, co stanie się z jej ciałem, czy dojdzie do eutanazji, w jaki sposób i gdzie — w klinice czy w domu. Wcześniej o wszystkim decydowali rodzice, nawet wtedy, gdy byłam już dorosła. To były zwierzęta, które pojawiły się za ich sprawą w naszym domu. Decyzja o ich leczeniu, o ich odchodzeniu i to, co się działo z ich ciałem, zależało totalnie od moich rodziców. Teraz jednak odpowiedzialność spoczywała wyłącznie na mnie — i ta świadomość trochę mnie przeraziła.

Zaczęłam zastanawiać się, co zrobię w tej sytuacji — czy zostawię ciało w klinice, czy zdecyduję się na kremację, czy może na pochówek. Ostatecznie, gdy Ziutka miała dziesięć lat, postanowiłam, że chciałabym ją pochować na cmentarzu dla zwierząt.

Ziuta odeszła dopiero w wieku szesnastu lat, więc miałyśmy więcej czasu, niż się spodziewałam. Ale temat śmierci był cały czas gdzieś obecny — zwłaszcza gdy zaczęły się jej problemy zdrowotne. Miała epizody przypominające ataki padaczkowe — traciła przytomność, a ja wtedy nie wiedziałam jeszcze, co się dzieje. Miałam wrażenie, że umiera. Te momenty sprawiały, że myśl o jej odejściu nigdy tak naprawdę mnie nie opuszczała.

 

Dlaczego wybrała Pani formę reportażu do przedstawienia tego tematu?

Od wielu lat marzyłam o napisaniu książki. Próbowałam nawet tworzyć fikcyjne opowieści, ale czułam, że to nie jest moja forma. W pewnym momencie dowiedziałam się o istnieniu Polskiej Szkoły Reportażu i postanowiłam spróbować. Dostałam się do niej.

Na zaliczenie trzeba było napisać reportaż — i ja już wtedy wiedziałam, że chcę poruszyć temat żałoby po zwierzętach. Miałam już kilku bohaterów i bohaterek. Słuchając ich historii czułam, że każda z nich zasługuje na osobny rozdział w książce a nie tylko na fragment w reportażu, który ma kilkanaście tysięcy znaków. Po prostu chciałam napisać tę książkę. Skontaktowałam się z wydawnictwem Dowody, które zainteresowało się tematem — i tak powstała książka.

Zależało mi na tym, by opowiedzieć o tych doświadczeniach wprost — bez upiększania, ale też bez epatowania drastycznymi szczegółami. Chciałam, żeby to była opowieść o zwykłym życiu, o emocjach, które towarzyszą odejściu ukochanego zwierzęcia.

 

Dlaczego, Pani zdaniem, boimy się rozmawiać o śmierci zwierząt za ich życia?

Myślę, że problem nie dotyczy tylko zwierząt — po prostu boimy się rozmawiać o śmierci. To temat trudny, budzący lęk, bo dotyczy nieznanego. Wolimy go unikać, dopóki nie dotknie nas bezpośrednio.

Z mojego doświadczenia wynika jednak, że to błąd. Warto rozmawiać o tym wcześniej, także w kontekście zwierząt. Dobrze wiedzieć, jak może wyglądać śmierć pupila, jakie są możliwości pożegnania, czym jest eutanazja, jak można się do tego przygotować. Warto wiedzieć czy mamy na to środki, bo zarówno kremacja czy pochówek na cmentarzu mają określona cenę. Warto się na to przygotować. Dzięki temu, że podjęłam wcześniej decyzję, co chcę zrobić, oraz dzięki temu, że znałam doświadczenia moich bohaterów, mogłam działać na automacie w momencie odejścia Ziuty. Nie było dla mnie szokiem, że teraz muszę wykonać jakieś konkretne kroki, podjąć działania. Mogłam wszystko zaplanować. Dzięki takiej świadomości moment odejścia był spokojniejszy, mogłam się skupić na Ziutce, na tych ostatnich wspólnych chwilach. 

 

Co zdecydowało o wyborze konkretnych historii, które pojawiają się w Pani książce? Ciekawią mnie zwłaszcza te mniej oczywiste, jak opowieści o relacji opiekunów z kurkami, końmi, słoniem.

Wiedziałam, że chcę, by w książce pojawiły się różne gatunki zwierząt. Nie chciałam, żeby to była opowieść wyłącznie o kotach i psach. Relacje z tymi zwierzętami są już w społeczeństwie w miarę akceptowane — to jest w miarę społecznie akceptowane, że ktoś opłakuje psa czy kota, a dzieci przeżywają stratę chomika czy królika.

Zależało mi jednak na pokazaniu, że więzi międzygatunkowe mogą istnieć także w relacjach z mniej typowymi zwierzętami. Chciałam zwrócić uwagę na to, że żałoba po śmierci zwierzęcia nie ogranicza się do kilku „akceptowanych” gatunków.

Kury pojawiły się w książce dlatego, że znałam z Instagrama moją bohaterkę — Martę. Z kolei wątek słonia narodził się, gdy wysłałam maile do kilku ogrodów zoologicznych z pytaniem, czy któryś z pracowników ma doświadczenie żałoby po zwierzęciu i chciałby o nim opowiedzieć. Odpisało mi zoo w Poznaniu. W ten sposób trafiłam na Kingę.

Jej historia jest połączeniem opowieści jej opiekunów oraz faktów przedstawionych w prasie. Przeglądałam stare gazety — między innymi z 1955 roku i późniejsze — co pozwoliło zobaczyć, jak i co o niej pisano. Kinga jest wyjątkową bohaterką nie tylko ze względu na gatunek, ale także dlatego, że jest postacią historyczną. Pozostałe zwierzęta znam przede wszystkim z opowieści ich opiekunów. 

 

Jakie emocje towarzyszyły Pani rozmowom z opiekunami zwierząt, których historie przedstawiła Pani w swojej książce? Zarówno po Pani stronie, jak i po stronie opiekunów?

Wszyscy moi bohaterowie płakali albo bardzo się wzruszali. Zazwyczaj bardzo chłonę emocje rozmówców, więc trudno było mi utrzymać chłodny dystans w trakcie naszych rozmów. Zdarzało się, że płakałam razem z nimi. Najważniejsze jednak było, abym zachowała spokój i „chłodną głowę” podczas pisania.

Był jednak jeden moment, gdy nie udało mi się powstrzymać łez — w rozdziale „Kuriatkowo”, kiedy jedna z kurzych bohaterek zostaje zgwałcona przez koguta, i Marta jedzie z nią do weterynarza. Brutalność i niesprawiedliwość tej sytuacji bardzo mnie poruszyły. 

 

Co sądzi Pani o świadomości społecznej istnienia żałoby pozaludzkiej? Czy uważa Pani, że jest ona akceptowana? A jeśli nie, to z czego to wynika?

To zależy. Mam wrażenie, że żyję w środowisku osób, które mają zwierzęta i rozumieją, że żałoba po nich nie wynika z tego, że ktoś „woli koty od ludzi”, ale z głębokiej więzi, jaka się tworzy. Ale wiem też, że jest to taka „bańka”, w której jestem i kiedy z niej wychodzę, widzę, że nie wszyscy tak myślą.

Mimo to sama — gdy odeszła moja Ziuta — miałam problem z mówieniem otwarcie o moim smutku. Nawet dziś, kiedy gorzej się czuję, bo tęsknię za nią, czuję pewien wstyd, bo nie wiem, jak druga strona zareaguje.

Trudno powiedzieć z czego to wynika. Myślę, że wciąż brakuje społecznej akceptacji dla tego rodzaju emocji. Jest we mnie taka niezgoda na to, że o ile ktoś może nie mieć podobnych relacji ze zwierzętami i nie czuć tego samego, co ja czy inni opiekunowie, to nie rozumiem, dlaczego nie potrafi po prostu zaakceptować, że ktoś inny przeżywa to inaczej. 

Niestety, sama doświadczyłam negatywnych reakcji, zwłaszcza w mediach społecznościowych. Kiedy mówię wprost o swojej żałobie to obok wsparcia od osób, które przeżyły podobną stratę lub boją się, że wkrótce ich zwierzę odejdzie, pojawiają się też komentarze osób, które uważają, że żałoba po zwierzęciu to coś przesadzonego, niepotrzebnego, wręcz, że jest to choroba psychiczna i żebyśmy się wszyscy leczyli. Jest we mnie niezgoda na ten brak zrozumienia. Każdy ma prawo do żałoby — także po zwierzęciu.

 

Czy Pani podejście do tematu żałoby pozaludzkiej, przed napisaniem książki i po jej zakończeniu, różnią się między sobą? Coś się zmieniło?

Największa zmiana to fakt, że sama doświadczyłam tego rodzaju żałoby. Dzięki bohaterom i bohaterkom mojej książki odejście Ziuty wyglądało zupełnie inaczej, niż mogłoby wyglądać, gdybym nie poznała ich historii. Choćby dlatego, że dowiedziałam się o możliwości eutanazji domowej – dzięki temu Ziuta mogła odejść spokojnie, w domu.

Podjęłam też decyzję, że jeśli tylko będzie to możliwe, chciałabym, aby przed odejściem zjadła rzeczy, których na co dzień nie mogła jeść. Tak też się stało – dostała swoje ulubione paróweczki.

Jeśli chodzi o sam odbiór żałoby po zwierzętach, to tutaj moje podejście się nie zmieniło. Nadal wiem, że taka żałoba jest, i jest trudna i że wcale nie jest „mniejsza” czy „gorsza” od tej, którą przeżywamy po ludziach. To nie kwestia gatunku – czy odchodzi człowiek, czy kot – lecz więzi, którą tworzymy z daną istotą.

To, co się zmieniło, to chyba jeszcze większa świadomość, jak bardzo ta książka jest potrzebna. Niedawno była premiera, a ja już dostaję wiadomości od czytelników, którzy piszą do mnie, dzielą się swoimi historiami. Widzę, że jest im to potrzebne, piszą o swoich emocjach, których doświadczali podczas czytania książki. Wiedziałam, że ten temat jest ważny, ale czasem zastanawiałam się, czy nie żyję w jakiejś bańce, w której tylko mnie wydaje się to istotne. Kontakt z czytelnikami potwierdza jednak, że ta książka naprawdę jest potrzebna – i bardzo się z tego cieszę.

 

Rozmawiała: Magdalena Siwecka, Akademia Esthima.

 

O Autorce: Daria Grzesiek, Pochodzi z Gliwic, mieszka w Warszawie. Ukończyła Polską Szkołę Reportażu. Zawodowo zajmuje się promocją i popularyzacją nauki. Angażuje się społecznie, między innymi przeprowadza nurogęsi przez Wisłostradę i organizuje akcje charytatywne dla bezdomnych zwierząt.

Książkę można kupić tu: https://dowody.com/ksiazka/to-byl-tylko-pies/

 

___________________

Sprawdź: Moje zwierzę umarło, co dalej?

Sprawdź: Dlaczego strata zwierzęcia jest tak bolesna?

Sprawdź: Grupa wsparcia dla osób po stracie zwierzęcia “Łąki Wspomnień”

Przejdź do treści