„Gdy tracisz najlepszego przyjaciela” – wywiad z Jeannie Wycherley

By 15 czerwca 202617 czerwca, 2026Aktualności, poradnik, zwierzęta i ludzie
„Gdy tracisz najlepszego przyjaciela” – wywiad z Jeannie Wycherley

Gdybyś miała powiedzieć kilka słów do osoby, która jeszcze nie czytała Twojej książki — jak zachęciłabyś ją do sięgnięcia po nią? Dla kogo ją napisałaś?

 

Zachęciłabym do sięgnięcia po tę książkę każdego, kto ma zwierzę, szczególnie jeśli jest ono starsze lub choruje. Niestety nasze zwierzęta są z nami tylko przez pewien czas, a koniec tej relacji często przychodzi jak szok. Jeśli mogę pomóc komuś choć trochę lepiej się na to przygotować, to już bardzo dużo. Ale tak naprawdę nie to było moją główną intencją przy pisaniu tej książki. Napisałam ją dla wszystkich ludzi – takich jak ja po stracie Herbiego – którzy rozpaczliwie potrzebują zrozumienia i wsparcia. Żałoba potrafi być przytłaczająca. Większość ludzi rozumie emocjonalny chaos po stracie bliskiego człowieka, ale kiedy odchodzi zwierzę, wiele osób uważa, że powinno się po prostu „wziąć w garść”, „pogodzić się z tym” albo „wziąć nowe zwierzę”. A to nie jest takie proste. Opiekunowie zwierząt zasługują na czas, by przeżyć swoją żałobę.

 

Czy pisanie tej książki było dla Ciebie przede wszystkim osobistym sposobem radzenia sobie ze stratą, czy od początku myślałaś o niej jako o wsparciu dla innych?

 

Szczerze mówiąc, w ogóle nie radziłam sobie ze stratą. Byłam emocjonalnie bardzo krucha, ciągle płakałam i kompletnie nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Myślę, że desperacko próbowałam zrozumieć własną wrażliwość i wołałam o miłość oraz wsparcie, których nie dostawałam. W mojej głowie krzyczałam: „Herbie nie był tylko psem! Był moją bratnią duszą. Był wszystkim. Dlaczego nikogo to nie obchodzi?”

Później moja przyjaciółka również straciła swojego ukochanego towarzysza i mogłyśmy naprawdę ze sobą rozmawiać, bo rozumiałyśmy nawzajem swój ból. Wtedy zrozumiałam, że właśnie tego najbardziej potrzeba. Ludzie muszą wiedzieć, że to, przez co przechodzą, jest całkowicie naturalne. I naprawdę takie jest. Ta książka powstała po to, by z miłością i wsparciem uznać żałobę opiekunów zwierząt. Od jednej przyjaciółki do drugiej.

 

Co powiedziałabyś opiekunom, którzy właśnie dowiadują się, że ich zwierzę jest poważnie chore lub umiera? Jak odnaleźć się w tym pierwszym momencie?

 

Łagodnie.

To jest przytłaczający moment.

Samo myślenie o nim wywołuje we mnie łzy. To uczucie zapadania się w środku. Chwila, kiedy serce zaczyna pękać. Żałoba jeszcze przed stratą. Nie da się zatrzymać tej lawiny. To fala bólu, która przychodzi nagle i z ogromną siłą.

Oddychaj. Oddychaj tak, by odnaleźć spokój. Zrozumiałam, że trzeba pozwolić sobie poczuć każdą emocję i po prostu z nią pobyć. Nie odpychaj jej. Płacz jest w porządku. Niepowstrzymany szloch też jest w porządku.

Nie jestem ekspertką i nie udaję, że nią jestem. Ale to, co pomaga mnie, to uczynienie mojego świata bardziej łagodnym. Chcesz troszczyć się o swoje zwierzę, otaczać je miłością, dbać o jego komfort. Bardzo ważne jest, żeby robić to także dla siebie. Mów do siebie czułymi, kojącymi słowami – tak samo jak do swojego zwierzęcia. Spędzajcie razem czas na zewnątrz – w naturze, wśród kwiatów, drzew i odgłosów życia.

Pamiętaj – robisz wszystko najlepiej, jak potrafisz.

Miałam swoją mantrę: „To jest w porządku. Ja jestem w porządku. Wszystko będzie dobrze.” Powtarzałam ją sobie, żeby uspokoić narastającą panikę.

 

Jakie masz przemyślenia na temat decyzji o eutanazji? Co powiedziałabyś osobom, które nie wiedzą, czy to już właściwy moment?

 

Moje osobiste doświadczenie (w Wielkiej Brytanii) jest takie, że eutanazja może być aktem dobroci. Musiałam już pożegnać w ten sposób cztery psy i za każdym razem odbywało się to spokojnie. Moja obecna weterynarz towarzyszyła trzem moim psom w ich ostatnich chwilach i za każdym razem sama płakała. Wiem, że nigdy nie podjęłaby tej decyzji, gdyby moje psy mogły jeszcze cieszyć się dobrą jakością życia.

Za każdym razem byłam przy nich i trzymałam je w ramionach, bo dlaczego osoba, którą kochają najbardziej na świecie, miałaby nie być ostatnią, którą zobaczą? Chciałam, żeby moim głosem, który słyszą po raz ostatni, były słowa: „Kocham cię”. Na to zasługują.

Oczywiście to jest trudne. Niewiarygodnie trudne. Ale jeśli trafiasz do gabinetu weterynaryjnego, który nie rozumie potrzeby wypłakania całego serca, to moim zdaniem nie jest właściwe miejsce.

Nigdy nie będziesz mieć stuprocentowej pewności, czy to już właściwy moment. Trzeba zaufać swojemu weterynarzowi. Herbie „powiedział” mi, że to już czas. Mój starszy pies Toby też mi to pokazał. Ale w styczniu tego roku pozwoliliśmy odejść Betsy, naszej czternastoletniej suczce rasy Bedlington Terrier, po trzech latach walki z zespołem Cushinga, cukrzycą, nowotworem i problemami z nerkami. Czy chciała odejść? Nie sądzę. Ale była już bardzo odwodniona i skrajnie słaba. Musiałam podtrzymywać ją w gabinecie, bo nie miała siły ustać. I wiesz… gdybym mogła, trzymałabym ją tak już zawsze. Ale ona nigdy nie poczułaby się lepiej niż w tamtym momencie. Właściwą decyzją była ta miłosierna. Podejmujesz ją dlatego, że kochasz swoje zwierzę bardziej niż siebie. Stawiasz jego dobro ponad własnym bólem.

Naprawdę lepiej pozwolić odejść dzień za wcześnie niż dzień za późno. Nie chcesz przecież, by ktoś, kogo kochasz, cierpiał, jeśli można tego uniknąć.

Warto zadać sobie pytania: Czy moje ukochane zwierzę ma jeszcze jakość życia? Czy je? Czy śpi? Czy chodzi? Czy potrafi załatwiać swoje potrzeby? Odpowiedzi na te pytania pomagają podjąć tę decyzję.

 

Piszesz o żałobie jako o falach – co chciałabyś powiedzieć osobom, które właśnie czują, że te fale ich zalewają? Jak wygląda ta podróż?

 

Ta podróż wygląda inaczej dla każdego.

Po stracie Herbiego byłam przekonana, że nie będę w stanie normalnie funkcjonować, a jednak wykonywałam zwyczajne czynności. Chodziłam na zakupy. Rozmawiałam z kasjerką. Nie upadłam na podłogę, nie rozdzierałam szat, ale prawda jest taka, że w środku krzyczałam z bólu.

Płakałam przez wiele dni. Budziłam się z płaczem. Ból był nie do zniesienia, a jednak człowiek go niesie, bo jakie ma inne wyjście? Myślę, że płakałam za każdym razem, kiedy o nim pomyślałam – a myślałam bardzo często – przez niezwykle długi czas. Minęło dziesięć lat, a ja nadal płaczę po jego stracie. Siedzę teraz i odpowiadam na te pytania, a łzy płyną mi po policzkach i opróżniam kolejne pudełko chusteczek.

Fale żałoby są jak gwałtowny sztorm. Na początku całkowicie cię zalewają. Zwalają z nóg. Dopadają niespodziewanie. Myślisz, że już uczysz się utrzymywać na powierzchni, a potem przychodzi kolejna ogromna fala i znowu cię przewraca.

Z czasem te fale stają się mniejsze. Ale to kwestia indywidualna – zależy od ciebie i od tego, jak przeżywasz żałobę. Po niemal dekadzie moje fale są już tylko lekkimi kręgami na wodzie. Obudziły się na nowo po stracie Betsy w styczniu. I obudziły się ponownie dziś, kiedy odpowiadam na te pytania.

 

Co powiedziałabyś osobom, które czują, że utknęły w żałobie i nie potrafią pójść dalej? Jakie małe kroki mogą im pomóc?

 

Małe kroki są DOKŁADNIE właściwym sposobem myślenia o tym.

Jaką jedną, maleńką rzecz możesz zrobić dla siebie W TYM MOMENCIE? Nie myśl o przyszłości – to może być przytłaczające. Czego potrzebujesz właśnie teraz? Przytulenia? Filiżanki herbaty? Rozmowy z kimś? Bukietu kolorowych kwiatów z supermarketu? Spaceru?

Naprawdę drobnych rzeczy, które pomogą ci poczuć się lepiej TU I TERAZ.

Czy mówisz do siebie z życzliwością?

Napisz list albo pocztówkę od swojego zwierzęcia do siebie. Mogą się tam znaleźć szczęśliwe wspomnienia albo słowa z „Tęczowego Mostu”. Cokolwiek działa właśnie dla ciebie.

Nie uważam, że trzeba martwić się tym, czy „utknęło się” w żałobie albo czy „nie idzie się dalej”. To brzmi bardziej jak presja z zewnątrz. W książce mówię o przechodzeniu przez każdą chwilę oddech po oddechu, by pozwolić bólowi być obecnym tak długo, aż naturalnie sam zacznie odchodzić. Czasem trwa to kilka sekund, czasem dużo dłużej. A kiedy choć trochę się wyciszy, pojawia się przestrzeń, by zrobić coś dobrego dla siebie. Coś czułego i pełnego troski. Pomyśl o tym jak o prezencie od twojego zwierzęcia.

 

Wielu opiekunów boi się, że już nigdy nie będą potrafili czuć radości bez poczucia winy. Co chciałabyś im powiedzieć?

 

Pozbądź się poczucia winy. Tak szybko, jak tylko potrafisz.

Rozumiem to bardzo dobrze. Sama tam byłam. Ostatnio przy Betsy. Mogłam poczekać jeszcze dzień, może dwa. Ale po co? Ona cierpiałaby tylko po to, by opóźnić mój ból.

Jeśli zawsze działałeś w najlepszym interesie swojego zwierzęcia i robiłeś to z miłością, nie ma miejsca na poczucie winy.

A co najważniejsze – w radości też jest miłość. Ogrom miłości. Kiedy czujesz radość, świętujesz swoją miłość. Kiedy odnajdujesz szczęście i twoje serce znów się wypełnia, pomyśl o swoim zwierzęciu i wyobraź sobie, jak bardzo byłoby szczęśliwe, mogąc dzielić z tobą tę chwilę. Poczuj jego miłość do ciebie. Pozwól sobie odnaleźć radość.

 

Jak pielęgnować czas, który zostaje, kiedy wiemy, że nasze zwierzę odchodzi? Na czym warto się skupić?

 

Zdecydowanie możemy to robić.

Twórz wspomnienia. Do dziś pamiętam dotyk Herbiego pod moją lewą dłonią – jego głowę albo grzbiet. Nadal czuję go w swoich dłoniach. Spędzałam z nim każdą możliwą chwilę między diagnozą a jego odejściem. Mam piękne wspomnienia siedzenia razem w słońcu i po prostu kochania go.

Z Betsy było inaczej. Mieliśmy dużo więcej czasu. Dlatego zabieraliśmy ją wszędzie. Była z nami w John O’Groats i Land’s End, w Walii i w różnych częściach Szkocji. Jeździła na pikniki. Odwiedzała schronisko dla osłów. Zwiedzaliśmy latarnie morskie, chodziła z nami na zakupy… gdzie tylko się dało – była z nami.

W dniu, kiedy pozwoliliśmy jej odejść, weterynarz zapytał, czy chcemy zrobić jeszcze jakieś zdjęcia, na plaży albo gdziekolwiek. Nie. Wiedziałam, że zrobiliśmy absolutnie wszystko i że miała najpełniejsze życie, jakie mogliśmy jej dać.

Przytulaj. Obejmuj. Wąchaj ich sierść. Całuj.

Twórz wspomnienia.

 

Jaką rolę odgrywają rytuały pożegnania i pamiątki po zwierzęciu? Co może realnie wspierać proces żałoby?

 

Znowu – nie jestem ekspertką, więc mogę mówić tylko z własnego doświadczenia.

Mam swój rytuał ze świecą. Wypowiadasz słowa miłości i pożegnania, pozwalając duchowi odejść. Myślę, że to daje ważne poczucie domknięcia w dniu pożegnania. Można połączyć ten rytuał z kamieniem, otoczakiem albo kryształem, który trzyma się w dłoni, a potem zachowuje na zawsze.

Zachowuję wszystkie ostatnie obroże i smycze. Wiszą u mnie i nigdy się ich nie pozbędę.

Mam też kilka zabawek i kocyków, których nie pozwalam używać innym moim psom.

Nie wiem, czy one pomagają, po prostu chcę mieć je blisko. Sama nie wiem, czy to ma sens.

Najbardziej pomogła mi poduszka z nadrukowanym zdjęciem twarzy Herbiego. Mogłam ją przytulać i przez sześć miesięcy praktycznie się z nią nie rozstawałam. Teraz leży na moim łóżku i kiedy mam trudniejszą noc, głaszczę ją.

Mocno wierzę w to, że trzeba intuicyjnie robić to, co działa właśnie dla ciebie – bez oglądania się na to, co pomyślą inni ludzie. Naprawdę. Rób po swojemu i nie pozwól nikomu odbierać ci prawa do przeżywania żałoby na własnych zasadach.

 

Kiedy – jeśli w ogóle – przychodzi moment na nowe zwierzę? Co powiedziałabyś osobom, które nie wiedzą, czy są gotowe?

 

Jeśli nie masz pewności, prawdopodobnie jeszcze nie jesteś gotowy – i to jest całkowicie w porządku.

Poza tym nie ma jednej prostej odpowiedzi. Znam osobę, która straciła psa w tym samym czasie co ja Herbiego i do dziś nie zdecydowała się na kolejne zwierzę. A ja bardzo szybko spotkałam Finleya, a cztery lata temu także Zephyra Peppera.

Trzeba spojrzeć na to realistycznie. Każdy pies – albo kot, ptak czy gad – jest inny. Każde zwierzę ma swoją osobowość, którą trzeba poznać, i własne małe dziwactwa, które z czasem zaczynasz uwielbiać. Nigdy nie znajdę drugiego Herbiego. Ale znalazłam Finleya i kocham go. Spotkałam też Zepha i go uwielbiam.

Skąd wiedziałam, że jestem gotowa? Bo mam w sobie ogrom miłości do psów. Jeśli jeden pies nie może już tej miłości przyjąć, mogę dać ją innemu. Kocham troszczyć się o moje psy, wychowywać je, rozpieszczać. Nie wyobrażam sobie domu bez zwierząt, więc choć nie mogłam zastąpić Herbiego, potrzebowałam wypełnić ogromną pustkę, którą po sobie zostawił.

 

       

Przejdź do treści